Malta w styczniu – urodzinowa niespodzianka pełna słońca, spokoju i wiatru od morza

Na Maltę polecieliśmy w styczniu — i był to jeden z tych prezentów urodzinowych, które pamięta się latami. Z Polski ruszaliśmy w śniegu, zmarznięci, owinięci w szaliki, z kubkiem gorącej kawy w dłoni. Po kilku godzinach lotu… wysiedliśmy w zupełnie innym świecie. Słońce ogrzewało kamienne mury, powietrze pachniało morzem, a lekki, ciepły wiatr od zatoki sprawiał, że od razu chciało się zwiedzić całą wyspę.

Styczeń okazał się idealnym momentem na zwiedzanie Malty— bez tłumów, bez pośpiechu, z czasem na spokojne włóczenie się po uliczkach Valletty, spontaniczne przystanki na kawę i ciche zachwyty nad błękitem, który w zimie ma tu zupełnie inny odcień.

Widok, który najlepiej oddaje maltański styczeń — ciepłe słońce, niebieskie niebo i zatoka, która mieni się wszystkimi odcieniami turkusu. Między gałęziami bugenwilli widać spokojne mury Trzech Miast. To jedno z tych miejsc, gdzie człowiek zatrzymuje się na dłużej, choćby tylko po to, by poczuć, jak dobrze jest tu być.

Sliema – spokojna baza wypadowa z widokiem na Vallettę

Zatrzymaliśmy się w Sliemie — miasteczku, które od pierwszego dnia okazało się idealną bazą wypadową. Sliema ma w sobie coś bardzo przyjemnego:  nadmorski klimat i spokojną atmosferę. Pełno tu uroczych kawiarenek z pyszną kawą i lokalnymi przysmakami.  Długą promenadą można spacerować bez celu godzinami.  

Z Sliemy można dojść pieszo do stolicy Malty –  Valletty  — spacer zajmuje około 40–50 minut, w zależności od tempa i tego, ile razy zatrzymacie się po drodze na zdjęcia. Widoki na zatokę i mury miasta są tak piękne, że naprawdę trudno przejść tę trasę bez przystanków.

Do stolicy wyspy można też dotrzeć szybciej – autobusem lub promem. Przejazd zajmuje kilkanaście minut. Krótki rejs promem, jest też dodatkowo sam w sobie świetną atrakcją — widok na Vallettę z wody robi wrażenie o każdej porze dnia. Ceny mogą się zmieniać, ale zwykle to około 2€- 3€.

Cała Malta jest bardzo dobrze skomunikowana. Sieć autobusów pozwala dotrzeć praktycznie wszędzie — do Mdiny, na klify Dingli, do Blue Grotto, a nawet na prom do Gozo. Autobusy jeżdżą regularnie, kursują od rana do późnego wieczora, a same przystanki są rozsiane naprawdę gęsto. Dzięki temu bez problemu zwiedza się wyspę bez samochodu, zwłaszcza w styczniu, kiedy ruch jest spokojniejszy i dużo przyjemniej przesiada się z miejsca na miejsce.

Jedna z naszych ulubionych chwil na Malcie — ciepłe światło wschodzącego słońca, spokojna zatoka i ten widok, który wciąga jak dobry film. Każdego ranka siadałyśmy z Klarą na balkonie, patrząc, jak słońce miękko wznosi się nad wodę, a łódki powoli kołyszą się na falach. Tak wyglądał nasz styczniowy poranek i wieczór — kawa, koc, cisza i Valetta po drugiej stronie zatoki. Właśnie dla takich momentów lubimy podróżować.

Spacer promenadą do Valletty

Droga z Sliemy do Valletty sama w sobie jest małą podróżą. Promenada prowadzi tuż przy wodzie, a z każdym krokiem otwiera się nowy kadr: na zacumowane łódki, na dawne fortyfikacje, na pastelowe kamienice, które zdają się mięknąć w styczniowym słońcu.

Najbardziej lubiliśmy podziwiać tradycyjne maltańskie łódki — luzzu. Każda z nich ma na dziobie oko Ozyrysa. Malowanie ich, to stary zwyczaj, jeszcze z czasów fenickich, kiedy wierzono, że oko strzeże rybaków przed złymi duchami i burzami. Dziś to nie tylko symbol Malty, ale też piękny, kolorowy amulet, który ogląda się z taką samą ciekawością jak dzieło sztuki.

Po drodze do Valetty mijaliśmy kamienice, w których okna mają charakterystyczne drewniane nadwieszone balkony. Jedne odmalowane na soczysty czerwony lub granatowy kolor,  inne lekko spłowiałe, ale dzięki temu jeszcze bardziej fotogeniczne. Dzięki nim budynki wyglądają, jak z bajki i trudno oprzeć się, by ich nie fotografować.

Całość krajobrazu dopełniają gołębie, które są tu wszędzie — siedzą na kablach, barierkach i gzymsach, czasem podrywają się naraz całym stadem, dodając ruchu tej spokojnej scenerii.

A do tego jeszcze maltańskie schodki, które wznoszą się i opadają w zupełnie niesymetryczny, nieregularny sposób. Każde wejście i zejście wydaje się prowadzić do innego świata — do małego placyku, ukrytego zaułka albo bocznej uliczki, której nie planowaliśmy odwiedzić.

Ten spacer to nie tylko droga do stolicy.
To powolne wchodzenie w rytm wyspy — ciepły, niespieszny, pełen kolorów i małych historii ukrytych między kamiennymi murami.

Kolorowe luzzu to jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Malty. Każda z tych łódek ma swój własny charakter — ręcznie malowane ornamenty, intensywne barwy i oczywiście słynne oko Ozyrysa, które mają chronić rybaków przed złym losem. Z bliska widać, ile w nich rzemiosła i historii. To małe dzieła sztuki, które nadają maltańskim portom wyjątkowy, bajkowy klimat.

Valletta – złote serce Malty

Naszą prawdziwą opowieść o Malcie zaczynamy właśnie tutaj — w Valletcie. Od Ogrodów Upper Barrakka, panoramy Wielkiego Portu i pierwszego zetknięcia z piaskowymi murami, które w styczniowym słońcu wyglądały jak zbudowane z czystego złota. To miasto jest jak brama do całej wyspy: eleganckie, pełne historii i jednocześnie bardzo dostępne, idealne na pierwszy spacer po przylocie.

Valletta jest mała, ale to jej największa siła. Wąskie uliczki raz wspinają się w górę, raz opadają w dół, odkrywając małe kawiarenki, kolorowe balkony i sceny z codziennego życia mieszkańców. To miasto, w którym wystarczy zgubić się na chwilę, by znaleźć coś pięknego.

Tu przedstawiamy tylko urywek jej magii. Vallettę opisaliśmy szerzej w osobnym wpisie TUTAJ, bo zasługuje na oddzielną historię — zarówno jako początek, jak i zakończenie naszej podróży.

Upper Barrakka Gardens – ogrody z historią i najpiękniejszym widokiem w Valletcie

Zwiedzanie Valetty rozpoczęliśmy od Upper Barrakka Gardens, które powstały w XVI wieku jako prywatne miejsce odpoczynku dla rycerzy Zakonu Maltańskiego. To właśnie tutaj przychodzili po służbie by złapać oddech, popatrzeć na morze i porozmawiać w cieniu kolumnad. Dopiero później ogrody otwarto dla mieszkańców i podróżników — i do dziś są jednym z najbardziej lubianych punktów na mapie Valletty.

Wszystko tu pachnie historią: kamienne łuki, rzeźby, stare mury obronne… a jednocześnie ogrody zadbane, pełne zieleni i kwiatów, które pięknie kontrastują z piaskowym kolorem miasta. 

To właśnie tutaj zobaczycie jedną z najpiękniejszych panoram na całej Malcie. Z tarasu rozciąga się widok na Wielki Port, Trzy Miasta i lazurową wodę, po której przesuwają się statki i promy. To jedno z tych miejsc, do których warto zajrzeć więcej niż raz, bo za każdym razem wygląda inaczej.

Wystrzały z armat – maltańska tradycja, która przetrwała wieki

Tuż pod ogrodami znajduje się Saluting Battery, czyli historyczna bateria artyleryjska, z której przez wieki oddawano strzały powitalne dla statków wpływających do portu.
Dziś tradycja jest kontynuowana jako pokaz historyczny:

  • wystrzały odbywają się codziennie o 12:00 i 16:00,

  • obsługa armat jest ubrana w historyczne stroje,

  • cały proces wygląda jak mały spektakl.

To krótka, ale bardzo efektowna atrakcja — huk odbija się od murów Valletty, a chmura dymu unosząca się nad portem robi niesamowite wrażenie, zwłaszcza przy pierwszym wystrzale dnia.

Fontanna Trytona – symbol Valletty i brama do miasta

Fontanna Trytona to jeden z najbardziej charakterystycznych punktów Valletty. Powstała w latach 50. XX wieku, kiedy Malta przygotowywała się na nowoczesne wejście w powojenną erę. Jej autorem był Vincent Apap — jeden z najważniejszych maltańskich rzeźbiarzy. 

Centralnym punktem fontanny są trzy monumentalne Trytony, podtrzymujące ogromną misę. Ich dynamiczne pozy i wyraziste rysy sprawiają wrażenie,  jakby miały wyskoczyć z wody lub unieść misę jeszcze wyżej.

Fontanna stoi tuż przy głównym wejściu do Valletty, tuż obok nowoczesnego City Gate i dworca autobusowego. Dlatego to właśnie tutaj najczęściej zaczyna się przygoda z maltańską stolicą.
Wokół panuje przyjemny gwar — ludzie robią pierwsze zdjęcia, odpoczywają na schodach, jedzą lody albo po prostu patrzą, jak woda tańczy w swoim rytmie. To świetne miejsce, żeby na chwilę przysiąść i poczuć atmosferę miasta, zanim ruszy się w jego wąskie uliczki.

O pozostałych atrakcjach Valetty piszemy TUTAJ. 

Fontanna stanowi piękny przykład tego, jak Malta potrafi łączyć mitologię, lokalne tradycje i śródziemnomorską lekkość w jednym projekcie. Trytony symbolizują tu siłę morza, które od zawsze było sercem życia mieszkańców wyspy.

Blue Grotto – najbardziej znana grota Malty, którą mieliśmy… tylko dla siebie

Podczas naszego pobytu na Malcie, zwiedziliśmy niemal całą wyspę.  Już drugiego dnia kupiliśmy bilet Karta Explore, upoważniający nas do podróży autobusem w różne zakątki wyspy. Bilet kosztuje 25 Euro dla dorosłych i 7 Euro dla dzieci (w wieku 4-10 lat).  Jest to świetne rozwiązanie, ponieważ pozwala na nieograniczone przejazdy autobusami dziennymi i nocnymi przez 7 dni, zarówno na Malcie, jak i Gozo. 

Blue Grotto było  jednym z pierwszych miejsc, do których postanowiliśmy dotrzeć. To jeden z tych punktów, który każdy widział choć raz na zdjęciu — jaskinie wykute przez morze, turkusowa woda i monumentalny łuk skalny, który wygląda jak brama do innego świata. Zazwyczaj jest tu tłoczno: wycieczki, autokary, kolejki do punktów widokowych. Ale my trafiliśmy na Blue Grotto w zupełnie innym wydaniu.

Słońce dopiero zaczynało wspinać się wyżej, wiatr ucichł, a okolica była niemal pusta. Zamiast gwaru i pośpiechu słychać było tylko odgłos fal uderzających o skały i krzyk mew, które krążyły nad zatoką.

Z punktu widokowego rozciąga się panorama, którą trudno się nasycić — turkus wody przechodzi tu w głębokie błękity, a światło odbija się od wapiennych ścian w taki sposób, że grota wygląda jak podświetlona od środka. Nic dziwnego, że to miejsce przyciąga tylu ludzi… choć tego dnia mieliśmy wrażenie, że Malta postanowiła zrobić nam mały prezent. Oprócz nas było zaledwie kilka innych osób. 

To jedno z tych wspomnień, które zostaną z nami na długo — bo zobaczyć Blue Grotto to jedno, ale zrobić to bez tłumów to zupełnie inna historia.

Tak wygląda Blue Grotto, kiedy na chwilę milknie cały świat. Siedziałyśmy z Klarą na kamiennym murku, patrząc, jak słońce odbija się na wodzie, a fale znikają w ogromnej skalnej bramie. Zazwyczaj to miejsce jest pełne ludzi, ale tego dnia mieliśmy je niemal tylko dla siebie — w ciszy, z wiatrem od morza i przestrzenią, która robi wrażenie nawet na zdjęciu. Idealny moment, żeby po prostu być i chłonąć ten maltański błękit.

Klify Dingli – dzika strona Malty

Kolejnym punktem na naszej mapie przygód były Klify Dingli,  kolejne miejsce na Malcie, gdzie natura gra pierwsze skrzypce. Strome, wapienne ściany spadają tu niemal pionowo do Morza Śródziemnego, a wiatr niesie ze sobą zapach soli i słońca. To najbardziej widowiskowe naturalne wybrzeże wyspy — wysokie, surowe i pełne przestrzeni, która zapiera dech.

Pod stopami chrzęści kamień, wokół rosną niskie, odporne na wiatr krzewy, a przed oczami otwiera się widok, który wydaje się nie mieć końca. 

Klify są piękne o każdej porze dnia, ale prawdziwą magię mają o zachodzie słońca. Światło mięknie, skały nabierają złotego odcienia, a fale poniżej wyglądają jakby ktoś je podświetlił od środka. W styczniu mieliśmy to widowisko prawie na wyłączność — tylko my, wiatr i ogromne, szumiące morze.

W pobliżu klifów stoi niewielka kaplica św. Marii Magdaleny — samotna i skromna. To jedno z najwyżej położonych miejsc na Malcie.

Z brzegu widać też malutką wysepkę Filfla, rezerwat przyrody i ptasi azyl, na który nie można wejść. Wygląda jak kamienna kropka rzucona w morze, ale świetnie domyka cały kadr.

Klify Dingli w zimowym słońcu wyglądają jak krajobraz wyjęty z innej wyspy — surowe skały, soczysta zieleń i ogrom morza, które błyszczy jak tafla szkła. To jedno z tych miejsc, gdzie człowiek czuje się maleńki, ale jednocześnie niesamowicie wolny. Z góry widać nie tylko linię wybrzeża, ale też małe ścieżki wijące się między krzewami i samotną kaplicę na horyzoncie. Malta w swojej najbardziej naturalnej, dzikiej wersji.

Mdina – Miasto Ciszy

Mdina to jedno z tych miejsc na Malcie, które zaczyna działać na człowieka od razu. Wysokie, piaskowe mury odbijają słońce, wąskie uliczki snują się jak labirynt, a cisza… naprawdę jest tu słyszalna. Nie bez powodu Mdina nazywana jest Miastem Ciszy — obowiązuje tu zakaz hałasu, a do starej części miasta mogą wjeżdżać tylko nieliczni mieszkańcy i pojazdy uprzywilejowane. Dzięki temu na ulicach panuje spokój, którego trudno szukać gdziekolwiek indziej na Malcie.

Mdina była dawną stolicą Malty. Przez wieki mieszkała tu szlachta oraz najważniejsze rodziny wyspy. Do dziś czuć tu tę elegancję — w pięknych pałacach, kutych balkonach i drzwiach w pastelowych kolorach. Warto przejść się bez celu, skręcać w boczne uliczki, zaglądać w bramy i szukać tych najcichszych, najbardziej magicznych miejsc.

Mdina ma w sobie coś tak filmowego. Nie bez powodu to tutaj  m.in. kręcono sceny z bramy do Królewskiej Przystani w „Grze o tron”

Mdina to miejsce, które najlepiej smakować powoli — nie jak punkt do odhaczenia na liście. Zima sprawia, że jest tu jeszcze spokojniej, dzięki czemu miasto pokazuje swoją najpiękniejszą, najbardziej nostalgiczną stronę.

Deszczowe popołudnie w Marsaxlokk

Marsaxlokk to miejsce, które większość kojarzy z kolorowymi łódkami luzzu, targiem rybnym i słońcem odbijającym się w spokojnej zatoce. My trafiliśmy tam… w deszczu. I okazało się, że również w niepogodę miasteczko jest piękne.

Gdy niebo zrobiło się stalowe, a ulice opustoszały, Marsaxlokk odsłonił swoje spokojne, codzienne oblicze. Kolorowe łódki kołysały się na wzburzonej wodzie, krople deszczu tworzyły małe kręgi w zatoce, a pastelowe domy wyglądały jeszcze bardziej melancholijnie. 

O Marsaxlokk — opowiemy więcej w osobnym wpisie. To miasteczko zasługuje na swoją własną historię.

Pełny wpis o Marsaxlokk znajdziesz TUTAJ.

Marsaxlokk w deszczu jest  spokojne, przygaszone, bardziej codzienne. Kolorowe luzzu kołyszą się na wodzie, a stalowe niebo sprawia, że ich barwy jeszcze mocniej wybijają się na tle zatoki. Bez tłumów, bez pośpiechu… tylko port, deszcz i cicha Malta w swojej najbardziej autentycznej wersji.

Gozo – bardziej zielona twarz Malty

Na Gozo dopłynęliśmy promem, a sama podróż była już częścią przygody — wiatr, fale i widok na wyspy z otwartego pokładu mają w sobie coś wyjątkowego. Na miejscu spotkaliśmy przemiłego lokalnego kierowcę, który za symboliczną opłatą zabrał nas na objazd całej wyspy. Pokazał nam nie tylko najważniejsze atrakcje, ale też miejsca, do których nie dojeżdżają autokary i które trudno znaleźć w przewodnikach — klify, punkty widokowe i małe zatoczki ukryte między skałami.

Odwiedziliśmy m.in.:

  • Victoria (Rabat) i Cytadelę,

  • Ramla Bay z charakterystycznym pomarańczowym piaskiem,

  • Azure Window Point i Dwejra Bay,

  • Bazylikę Ta’ Pinu,

  • klify Ta’ Ċenċ i kilka ukrytych zakątków, o których wiedzą tylko lokalsi.

Gozo ma zupełnie inny rytm niż Malta — spokojniejszy, bardziej naturalny, idealny na jednodniowy wypad.

Szczegółowo opisaliśmy wyspę i wszystkie odwiedzone miejsca w osobnym wpisie o Gozo — tutaj znajdziesz pełną trasę, praktyczne wskazówki i nasze ulubione miejsca warte zobaczenia.

Miejsce, w którym kiedyś stało słynne Azure Window, wciąż robi ogromne wrażenie. Choć naturalny łuk zawalił się kilka lat temu, surowe klify Dwejry i wzburzone morze nadal pokazują potęgę natury. Wystarczy stanąć na skraju skały, by poczuć, jak wiatr i fale pracują tu bez przerwy — tworząc krajobraz, który zmienia się z roku na rok, ale zawsze pozostaje spektakularny.

Bormla – ukryte serce Trzech Miast

Pod koniec naszego pobytu na Malcie wybraliśmy się do Bormli, znanej też jako Cospicua. Przeprawiliśmy się tam małą łódką z Valletty. Był to krótki rejs, który bardziej przypominał przejście do równoległego świata niż zwykły transport między dwoma miastami. 

Bormla jest jednym z Trzech Miast, które pełniły kluczową rolę w czasach rycerzy maltańskich. To tutaj, wzdłuż nabrzeża, stacjonowały galery zakonu — a ich obecność chroniły potężne fortyfikacje, które do dziś otaczają miasto jak kamienna korona.

Rycerze z Zakonu św. Jana (znani jako joannici lub rycerze maltańscy) osiedlili się tu w XVI wieku, przekształcając Bormlę w ważny punkt obronny i portowy. Budowali mury, koszary, arsenały, a całe miasto tętniło wojskowym życiem. Nawet teraz, spacerując uliczkami, widać ich wpływ — w symbolach zakonu wykutych na budynkach, w prostych, solidnych liniach architektury i w potędze murów, które miały odpierać tureckie ataki.

Z nabrzeża  Cospicuii  można spojrzeć na Vallettę tak, jak widzieli ją kiedyś rycerze — od strony Wielkiego Portu. To perspektywa, która nadaje miastu zupełnie inny charakter: bardziej obronny, surowy, ale jednocześnie piękny w swojej monumentalności.

Kamienne fortyfikacje otaczające Bormlę robią wrażenie nawet na tych, którzy widzieli już niejedną twierdzę. To właśnie tutaj rycerze maltańscy budowali jedne z najpotężniejszych murów w całym archipelagu — i widać to w każdym ich fragmencie.

Kolorowa przygoda w Popeye Village

Wyprawa do Popeye Village okazała się jednym z najbardziej zaskakujących i radosnych momentów naszej podróży. Wioska zbudowana na potrzeby filmu o Popeye’u wygląda jak wyjęta z kreskówki — kolorowe domki, schodki prowadzące w dół do zatoki i turkusowa woda, która dodaje całości bajkowego klimatu.

Spędziliśmy tam znacznie więcej czasu, niż planowaliśmy. Było trochę śmiechu, trochę dziecięcej ekscytacji i dużo zachwytów nad tym, jak filmowy plan sprzed lat zmienił się w miejsce pełne energii i dobrej zabawy.

To była tak fajna przygoda, że poświęciliśmy jej TUTAJ osobny wpis — z praktycznymi informacjami, wskazówkami i całą masą zdjęć. Jeśli lubicie takie lekkie, kolorowe akcenty w podróży, Popeye Village Was absolutnie rozczuli.

Popeye Village z góry wygląda jak kolorowa makieta, a gdy wchodzi się do miasteczka wszystko nabiera życia — domki skrzypią od wiatru, turkusowa zatoka mieni się w słońcu. To jedno z tych miejsc, które od razu poprawiają humor.

Nasza maltańska podróż – 7 dni pełnych słońca, koloru i zaskoczeń

Spędziliśmy na Malcie siedem dni. Było wszystko: spokojna Sliema, spektakularne klify Dingli, magiczna Mdina, kolorowe domki Popeye Village, cisza Blue Grotto bez tłumów, deszczowy urok Marsaxlokk i odkrywanie Gozo w towarzystwie przesympatycznego lokalnego przewodnika.

Malta okazała się wyspą, która zachwyca nie tylko głośną, wakacyjną energią, ale światłem, historią i małymi momentami.
Takie podróże lubimy najbardziej.

A na koniec — ktoś, kto wie o maltańskim życiu więcej niż wszyscy turyści razem wzięci. Kot z portu, wygrzewający się na łódkach jak na prywatnym tarasie, idealnie podsumowuje styczeń na Malcie: ciepło, spokój i totalny luz. Jeśli wyspa miałaby mieć swojego przewodnika, to byłby nim właśnie on.