Lato w Polsce potrafi zaskoczyć – i to nie zawsze pozytywnie. Co zrobić, gdy długo wyczekiwany urlop zaczyna się od ulew, wiatru i temperatur bardziej jesiennych niż wakacyjnych?
My postanowiliśmy nie czekać, aż pogoda się poprawi. Spakowaliśmy przyczepę i ruszyliśmy na południe – bez konkretnego planu, ale z jednym celem: znaleźć słońce.
Ta spontaniczna decyzja zaprowadziła nas z Pomorza przez Polskę i Węgry… aż do słonecznej Chorwacji.
Ucieczka przed deszczem z Pomorza
Lato tego roku zdecydowanie nas nie rozpieszczało. Długo wyczekiwany sierpień przywitał nas potężnymi ulewami i wiatrem, jakiego dawno nie widzieliśmy na Pomorzu. Nawałnice nie ustawały, a my właśnie zaczynaliśmy nasz urlop.
Nie zastanawialiśmy się długo. Szybkie, konkretne zakupy w osiedlowym sklepie, spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy i ruszyliśmy w drogę.
Plan był prosty – znaleźć pierwsze miejsce, w którym świeci słońce.
Kemping w Ustroniu – pierwszy przystanek
Pierwszym przystankiem był kemping Bartek w Ustroniu. Po całym dniu jazdy przez Polskę dotarliśmy zmęczeni, ale pełni nadziei.
Podróż nie należała do najłatwiejszych. Silny wiatr dawał się we znaki, a jazda z przyczepą w takich warunkach była naprawdę wymagająca i momentami stresująca.
Wieczorem jednak udało się złapać oddech. Szybko rozstawiliśmy przyczepę i ruszyliśmy do naszej ulubionej Skibówki w Ustroniu– na rozgrzewający żurek i oscypki. A potem był moment, który wynagrodził wszystko – zachód słońca oglądany ze szczytu.
Na kempingu dzieci błyskawicznie znalazły nowych znajomych, a wieczór zamienił się w przygodę z podchodami i latarkami na głowach. Na szczęście obyło się bez deszczu.
Poranek nie był już tak łaskawy. Przenikliwy chłód szybko przypomniał nam, że to jeszcze nie koniec naszej ucieczki przed pogodą. Decyzja była szybka – jedziemy dalej.
Budapeszt w deszczu – czy warto się zatrzymać?
Do Budapesztu dotarliśmy późnym wieczorem, dosłownie chwilę przed zamknięciem kempingu. I wtedy przyszło pierwsze rozczarowanie… Po całym dniu jazdy liczyliśmy choć na chwilę oddechu, a trafiliśmy prosto w sam środek deszczowego chaosu. Stolica Węgier przywitała nas… ulewą. I to nie byle jaką. Z nieba lało się dosłownie strugami.
Na kempingu miejsc praktycznie nie było, ale miły pan z obsługi zlitował się nad nami i wskazał ostatni wolny kawałek miejsca. To jednak był dopiero początek „przygód”. Rozstawianie się w takich warunkach okazało się prawdziwym wyzwaniem – deszcz, błoto, zimno i zmęczenie. I to wszystko niemalże po ciemku…
Przemarznięci, mokrzy, zabłoceni i – nie ma co ukrywać – trochę już poirytowani, z dwójką zmęczonych dzieci w aucie, zrobiliśmy wszystko najszybciej jak się dało. Tego wieczoru nie było już miejsca ani chęci na zwiedzanie ani plany. Było tylko głośne chrapanie w przyczepie.
A o świcie… decyzja zapadła błyskawicznie – ewakuacja. Nie po to uciekaliśmy z deszczowego Pomorza, żeby tkwić w deszczowym Budapeszcie. Prognozy dawały nam jeszcze jedną szansę – Balaton. I to właśnie tam postanowiliśmy szukać naszego lata.
Balaton – gdzie znaleźć słońce na Węgrzech?
Nad Balatonem czekała na nas zupełnie inna rzeczywistość. Przywitało nas błękitne niebo i pierwsze, długo wyczekiwane promienie słońca. Wciąż było dość wietrznie, ale tym razem… zupełnie nam to nie przeszkadzało. Po tym, co zostawiliśmy za sobą, to i tak był mały raj.
Kemping okazał się strzałem w dziesiątkę. Nasza parcela znajdowała się niemal przy samym brzegu, z widokiem na szmaragdowe wody jeziora. Na miejscu był basen – i mimo chłodniejszego wiatru od razu z niego skorzystaliśmy. Dzieci były zachwycone. Zostaliśmy. Wieczór spędziliśmy przy winie z lokalnej winnicy – spokojnie, bez pośpiechu.
Następnego dnia popłynęliśmy promem do Tihany – miejsca pełnego lawendy i papryki, które zachwyciło nas na tyle, że opisaliśmy je w osobnym wpisie (Tihany – lawendowa perełka Węgier).
Wieczorem trafiliśmy do Siófok – i to była prawdziwa wisienka na torcie. Różowo-pomarańczowe obłoki mieszały się z głębokim granatem wód Balatonu. Do tego koncerty lokalnych zespołów, klimatyczny deptak, białe huśtawki oplecione różami i tańczące fontanny.
Kolejnego dnia odwiedziliśmy Keszthely, gdzie zwiedziliśmy zamek jak z bajki, piękne ogrody i wystawy, które również zasłużyły na osobny wpis (Keszthely nad Balatonem – bajkowy zamek i najpiękniejsze ogrody na Węgrzech)
Chorwacja – najlepszy kierunek na pewną pogodę
Mimo wspaniałych wrażeń, jakie dostarczyły nam urokliwe miasteczka nad Balatonem, wiedzieliśmy, że to jeszcze nie koniec naszej pogoni za latem. Prognozy były jasne. Kilkaset kilometrów dalej czekało prawdziwe słońce. Chorwacja. Podpięliśmy przyczepę, której wnętrze zdążyło już przejść swoje w tej podróży, i ruszyliśmy dalej. Po paru godzinach w końcu – dotarliśmy do Povile.
Słońce, upał, ciepła, turkusowa woda i kemping położony tuż nad morzem. Nasza przyczepa stanęła na skarpie, z widokiem, który wynagradzał wszystko. To było dokładnie to, czego szukaliśmy.
Dni płynęły tu spokojnie: pływanie, odpoczynek, lody, jedzone bez wyrzutów sumienia, soczyste arbuzy i spontaniczne wycieczki do okolicznych miejscowości – takich jak Crikvenica, Senji i Dramalj.
W końcu mieliśmy lato. A nasze wrażenia opisaliśmy w osobnym wpisie (Chorwacja z przyczepą: Povile, Crikvenica, Senj i Dramalj – spokojne miejsca nad Adriatykiem)
Budapeszt na powrocie – miasto, które nigdy nie śpi
W drodze powrotnej do Polski ponownie zahaczyliśmy o Budapeszt. Tym razem wszystko wyglądało zupełnie inaczej – pogoda dopisała, a my mogliśmy w końcu skorzystać z rowerów, które zawsze wozimy ze sobą.
Po zaparkowaniu przyczepy na dobrze już znanym nam kempingu ruszyliśmy na podbój miasta. Budapeszt zaskoczył nas swoją różnorodnością i energią – z jednej strony monumentalny i elegancki, z drugiej tętniący życiem i pełen luzu.
Cały dzień spędziliśmy aktywnie, przemierzając kolejne dzielnice na dwóch kółkach. Obowiązkowo wjechaliśmy na wzgórze Gellérta. Widok był tak piękny, że zostaliśmy tam znacznie dłużej, niż planowaliśmy – zupełnie zatraceni w panoramie miasta.
Niepostrzeżenie zapadł zmierzch. Do kempingu wracaliśmy już po ciemku, ale wcale nie czuliśmy się niepewnie. Budapeszt nocą ma swój wyjątkowy klimat – to miasto naprawdę nigdy nie śpi.
Czy warto jechać bez planu?
Ta podróż nauczyła nas jednej rzeczy. Czasem nie warto czekać, aż pogoda się poprawi. Lepiej ruszyć jej na spotkanie.
Były trudne momenty – wiatr, deszcz i zmęczenie. Ale były też chwile, które wynagradzają wszystko – pierwszy błękit nad Balatonem i chorwackie słońce.
Podróż z przyczepą daje coś wyjątkowego – wolność. Możliwość zmiany planów i podążania tam, gdzie jest lepiej. Dla nas lato zaczęło się dopiero wtedy, gdy wyruszyliśmy. I chyba właśnie dlatego zapamiętamy je na długo. Jeśli też myślisz o takiej trasie, poniżej znajdziesz wszystkie najważniejsze informacje praktyczne.
Praktyczne informacje o trasie (km, czas, koszty, noclegi)
Nasza trasa wyglądała tak:
Gdańsk → Ustroń → Budapeszt → Balaton → Povile (Chorwacja) → powrót
Szacunkowo:
- Gdańsk → Ustroń: ok. 600 km
- Ustroń → Budapeszt: ok. 350 km
- Budapeszt → Balaton: ok. 130 km
- Balaton → Povile (Chorwacja): ok. 330 km
W jedną stronę: ok. 1400–1500 km
Całość z powrotem: ok. 2800–3000 km
(Oczywiście wszystko zależy od obranej trasy i objazdów)
Czas przejazdu
Realnie – z przyczepą, postojami i dziećmi 🙂
- Gdańsk → Ustroń: 8–10 h
- Ustroń → Budapeszt: 5–6 h
- Budapeszt → Balaton: 1,5–2 h
- Balaton → Chorwacja: 4–5 h
Całość „na spokojnie” to 2–3 dni jazdy w jedną stronę. W praktyce samochodem trasę można pokonać zdecydowanie szybciej. Z przyczepą przy kiepskiej pogodzie czas wydłuża się i to znacząco…
Gdzie nocować (nasze miejsca)
Sprawdzone przez nas noclegi na trasie:
- Polska: kemping Bartek – Ustroń
- Węgry (Budapeszt): Haller Camping
- Balaton: Mirabella Camping (Zamárdi) – świetna lokalizacja przy jeziorze
- Chorwacja: Autokamp Punta – Povile – spokojnie, piękne widoki i mniej tłumów
Wszystkie miejsca ogarnęliśmy „w trasie” – bez dużego planowania.
Ile kosztuje taka podróż? (realne widełki – 2024r.)
Kosztów nie liczyliśmy dokładnie, ale można przyjąć:
Paliwo (ok. 3000 km) około 3000 zł
Kempingi (rodzina 2+2) wyszły nas łącznie około 2500 zł
Należy też doliczyć opłaty drogowe, autostrady i winiety: około 150–300 zł
Łączny koszt wyjazdu dla naszej rodziny (2+2) z jedzeniem i zakupem SUPa na Chorwacji wyniósł nas około 6000 zł.
Dla kogo jest ta trasa?
Nie będziemy ściemniać – to nie jest wyjazd „all inclusive”. Ta trasa jest dla:
- osób, które lubią wolność i spontaniczność,
- rodzin, które ogarniają zmiany planów w trakcie,
- ludzi, którym nie przeszkadza deszcz, zmęczenie i szybkie decyzje typu „jedziemy dalej”.
To jest wyjazd dla wytrwałych, trochę szalonych i zdecydowanych.
Dla nas to nie była najłatwiejsza podróż. Ale zdecydowanie jedna z tych, które pamięta się najdłużej. Wróciliśmy z ogromną satysfakcją, poczuciem przeżytej przygody no i z cudowną, brązową opalenizną.
A jeśli ciekawią Cię wyjątkowe miejsca, które odwiedziliśmy w trakcie tej podróży zobacz nasze odrębne wpisy:
- Tihany – lawendowa perełka Węgier
- Keszthely nad Balatonem – bajkowy zamek i najpiękniejsze ogrody na Węgrzech
- Chorwacja z przyczepą: Povile, Crikvenica, Senj i Dramalj – spokojne miejsca nad Adriatykiem