Oregon Coast cz. 4 – Natural Bridges, Indian Sands i południowe wybrzeże Oregonu

Jechaliśmy Highway 101 coraz dalej na południe. Wybrzeże stawało się bardziej puste, surowe i dzikie, a kolejne viewpointy pojawiały się tak często, że w końcu przestaliśmy je liczyć. Zatrzymywaliśmy się przy skalistych zatokach, obserwowaliśmy leniwe foki i lwy morskie, rozmawialiśmy z uczestnikami rajdu zabytkowych samochodów, a na parkingach zawieraliśmy znajomości z wiewiórkami, które zachowywały się niemal jak oswojone. Natural Bridges i Indian Sands były najważniejszymi punktami ostatniego etapu naszej podróży po Oregon Coast. To właśnie tam spokojny spacer zamienił się w wyprawę pełną adrenaliny, silnego wiatru, piaskowej burzy i chwili prawdziwego strachu.

Południowe Oregon Coast pożegnało nas na Lone Ranch Beach, gdzie Jeremi próbował zawracać fale kijem, a Darek szukał na brzegu skarbów z muszli i omułków. Kilka kilometrów później zobaczyliśmy ogromny napis „Welcome to California”. Kończył się jeden z najpiękniejszych etapów naszej podróży, ale przed nami czekały już kalifornijskie sekwoje i zupełnie nowa przygoda.

Sunset Bay i zabytkowe samochody

Po opuszczeniu okolic Florence jechaliśmy coraz dalej na południe, zatrzymując się przy kolejnych zatoczkach i punktach widokowych. Dotarliśmy do Sunset Bay, które jest niewielką, osłoniętą zatoką, zdecydowanie spokojniejszą od wielu otwartych plaż Oregon Coast. Razem z Shore Acres i Cape Arago tworzy obszar połączony siecią nadmorskich szlaków prowadzących przez lasy, klify i kolejne punkty widokowe. My jednak tego dnia nie mieliśmy w planie dłuższej wędrówki w tym miejscu. Trafiliśmy za to na widok, który zupełnie nie pasował do pustego, surowego wybrzeża – grupę pięknie utrzymanych samochodów zabytkowych, przy których oczywiście musieliśmy się zatrzymać. Podeszliśmy do uczestników rajdu, obejrzeliśmy auta z bliska i chwilę z nimi porozmawialiśmy. Uwielbiamy takie spotkania na trasie – bez dwóch zdań!

Po pożegnaniu uczestników rajdu ruszyliśmy dalej, w stronę Cape Arago, gdzie znów czekało na nas jedno z ulubionych przedstawień Oregon Coast – leniwe życie morskich zwierząt.

Cape Arago – foki i lwy morskie na skalistym brzegu

W Cape Arago State Park zatrzymaliśmy się na dłużej, by z wysuniętego nad oceanem punktu widokowego popatrzeć na skaliste wysepki i nabrzeże zajęte przez całe grupy odpoczywających zwierząt. Jedne leżały nieruchomo, inne niezgrabnie przesuwały się po skałach, przepychały między sobą albo zsuwały do wody.

Po raz kolejny zupełnie pochłonęła nas ich obserwacja. Foki i lwy morskie mają w sobie coś niesamowicie zabawnego. W wodzie są szybkie i zwinne, natomiast na brzegu wyglądają, jakby każdy ruch wymagał od nich ogromnego wysiłku. Przewracają się, pofukują na sąsiadów, zajmują sobie najlepsze miejsca i demonstracyjnie odpoczywają, nie zwracając najmniejszej uwagi na ludzi obserwujących je z daleka.

Okolice Simpson Reef i Shell Island są znanym miejscem występowania zarówno fok, jak i lwów morskich. Zwierzęta można oglądać z punktów położonych na lądzie, nie zbliżając się do ich kolonii i nie zakłócając im odpoczynku. Ten fragment Oregon Coast znów przypomniał nam, że na tym wybrzeżu nie trzeba organizować żadnej specjalnej wycieczki ani szukać zamkniętego rezerwatu, żeby nacieszyć się światem tutejszej fauny.

Face Rock – kamienna twarz wynurzająca się z Pacyfiku

Kolejnym przystankiem było Face Rock State Scenic Viewpoint w okolicy Bandon. Tutaj od razu zaskoczyła nas liczba nietypowych formacji wyrastających z oceanu. Skały miały różne kształty i rozmiary, a każda z nich wyglądała niesamowicie.

Najbardziej znana jest oczywiście Face Rock. Patrząc na nią z odpowiedniego miejsca na klifie, rzeczywiście można dostrzec profil ludzkiej twarzy zwróconej ku niebu. Staliśmy więc przez chwilę, próbując odnaleźć właściwy kąt i sprawdzając, kto pierwszy zobaczy skalną twarz.

Z tym miejscem wiąże się indiańska legenda o dziewczynie uwięzionej w skale. Mówi się, że czasem w szumie wiatru można usłyszeć jej głos. Nie będziemy rozstrzygać, ile w tym prawdy, ale trzeba przyznać, że przy tak niezwykłych formacjach i huku Pacyfiku łatwo uwierzyć, że kamienie mają własne historie.

Face Rock nie było dla nas długim postojem, ale zdecydowanie należało do tych miejsc, przy których nie sposób po prostu przejechać. 

Port Orford – miasteczko pomiędzy górami a oceanem

Dalej Highway 101 prowadziła nas przez Port Orford – niewielkie, malownicze miasteczko, w którym las, góry i ocean wydają się spotykać niemal w jednym miejscu. Nie zatrzymywaliśmy się tutaj na długie zwiedzanie. Port Orford oglądaliśmy przede wszystkim z drogi i kolejnych punktów widokowych, ale nawet krótki przejazd wystarczył, żeby poczuć jego spokojny, trochę odizolowany klimat. Nie było tu tłumów, wielkich hoteli ani typowego nadmorskiego zgiełku. Był port, niewielkie domy, zielone wzgórza i Pacyfik pojawiający się pomiędzy zabudowaniami.

Port Orford jest uznawane za najstarsze wytyczone miasteczko na wybrzeżu Oregonu i najbardziej na zachód wysunięte miasto w kontynentalnej części Stanów Zjednoczonych. Miejscowy port jest również nietypowy – łodzie wyciąga się z wody przy pomocy dźwigów i przechowuje na specjalnych platformach na lądzie.

Viewpointy, których nie sposób policzyć, i niemal oswojone wiewiórki

Za Port Orford nasza podróż ponownie zamieniła się w serię krótkich postojów. Czasem zatrzymywaliśmy się na kilka minut, czasem wychodziliśmy tylko po to, żeby zrobić zdjęcie, a niekiedy zostawaliśmy znacznie dłużej.

Stałymi mieszkańcami wielu parkingów były wiewiórki. Podchodziły niezwykle blisko, stawały na tylnych łapkach i patrzyły na nas z miną sugerującą, że doskonale wiedzą, po co przyjeżdżają tu turyści. Zachowywały się niemal jak oswojone. Jedna z nich szczególnie polubiła Darka. Podeszła tak blisko i była tak odważna, że trudno było oprzeć się jej urokowi. Pamiętaliśmy jednak, że dzikich zwierząt nie powinno się dokarmiać – nawet jeśli wyglądają sympatycznie i zachowują się tak, jakby właśnie na przekąski od turystów czekały przez cały dzień.

Natural Bridges i Indian Sands – najdzikszy odcinek Oregon Coast

Im bliżej Brookings, tym częściej mieliśmy wrażenie, że wybrzeże robi się coraz bardziej puste i niedostępne. Wjechaliśmy do Samuel H. Boardman State Scenic Corridor – około 12-milowego odcinka wybrzeża pomiędzy Gold Beach i Brookings. Wzdłuż drogi znajdują się liczne miejsca piknikowe oraz początki szlaków łączących się z Oregon Coast Trail. Można przejechać ten fragment, zatrzymując się przy kolejnych zatoczkach, albo wybrać jeden ze szlaków i zniknąć na kilka godzin w lesie.

My próbowaliśmy połączyć jedno z drugim. Zatrzymywaliśmy się wszędzie tam, gdzie widok albo nazwa miejsca przyciągnęły naszą uwagę. Nie zawsze wiedzieliśmy, jak długa będzie ścieżka i dokąd dokładnie nas zaprowadzi. Na początku właśnie to było najpiękniejsze – poczucie, że za każdą ścianą lasu może czekać zupełnie nowy fragment wybrzeża.

Pierwszym miejscem, które naprawdę wbiło nas w ziemię, były Natural Bridges.

Natural Bridges – skalne mosty wyrzeźbione przez ocean

Z parkingu ruszyliśmy krótką ścieżką prowadzącą przez las. Przez większą część spaceru niewiele wskazywało na to, że tuż obok znajduje się jeden z najbardziej spektakularnych widoków południowego Oregon Coast. Dopiero gdy drzewa zaczęły się rozsuwać, zobaczyliśmy ogromne skalne łuki otoczone ciemną wodą Pacyfiku. Zielone skały wyrastały z oceanu, a woda przepływała pod naturalnymi mostami i rozbijała się o ich podstawy. 

Natural Bridges to nie jedna formacja, lecz zespół skalnych łuków i otworów wyrzeźbionych przez ocean. Z oficjalnego punktu widokowego można zobaczyć system skalnych łuków i otworów nazywanych siedmioma Natural Bridges. Do panoramy prowadzi krótka ścieżka, ale teren poniżej punktu widokowego jest stromy, a nieoficjalne zejścia w stronę skał mogą być bardzo niebezpieczne.

My pozostaliśmy przy przygotowanym punkcie widokowym. Już stamtąd miejsce robiło ogromne wrażenie i naprawdę nie było potrzeby podchodzenia bliżej krawędzi. Ocean znajdował się daleko pod nami, a strome zbocza i mokra roślinność skutecznie przypominały, że na południowym Oregon Coast piękno bardzo często idzie w parze z koniecznością zachowania rozsądku.

Patrzyliśmy na skalne mosty, zastanawiając się, jak długo będą jeszcze opierać się falom. Wybrzeże Oregonu cały czas się zmienia – ocean podcina skały, tworzy nowe szczeliny i poszerza istniejące otwory. To, co wygląda monumentalnie i niezniszczalnie, w rzeczywistości jest tylko kolejnym etapem niekończącej się pracy Pacyfiku.

Natural Bridges okazały się jednym z najbardziej widowiskowych punktów całej naszej trasy. Nie wiedzieliśmy jednak, że następny spacer dostarczy nam nie tylko widoków, ale również zdecydowanie więcej emocji, niż ktokolwiek z nas mógł sobie wyobrazić.

Indian Sands Trail – wyprawa, która wymknęła się spod kontroli

Po Natural Bridges ruszyliśmy na Indian Sands Trail. Początkowo wszystko wyglądało zupełnie niewinnie. Zostawiliśmy samochód przy drodze i weszliśmy w las, przekonani, że czeka nas kolejny przyjemny spacer zakończony widokiem na ocean.

Ścieżka prowadziła pomiędzy wysokimi drzewami, a dookoła panowała niemal absolutna cisza. Nie spotykaliśmy innych turystów i szybko zaczęliśmy mieć wrażenie, że jesteśmy tu zupełnie sami. Las tłumił odgłosy Highway 101, zasięg w telefonach słabł, a przed nami pojawiały się kolejne rozwidlenia i wąskie fragmenty szlaku.

Po pewnym czasie drzewa się skończyły, a krajobraz zmienił się nie do poznania. Przed nami pojawiły się złote skały i rozległe połacie jasnego piasku, które bardziej przypominały pustynny krajobraz Dzikiego Zachodu niż wilgotne wybrzeże Oregonu. Indian Sands słynie właśnie z wysoko położonych wydm i piasków zawieszonych nad oceanem. Co ciekawe, piasek nie został naniesiony tutaj bezpośrednio z plaży – pochodzi z erodujących warstw piaskowca tworzących tutejsze skały. Silny wiatr stale go przemieszcza, dlatego fragmenty ścieżki mogą znikać pod kolejnymi warstwami piasku.

Widoki były niesamowite. Z jednej strony mieliśmy złote, niemal pustynne formacje, z drugiej skaliste wybrzeże i Pacyfik rozciągający się daleko pod nami. Problem w tym, że część ścieżki biegła zdecydowanie zbyt blisko urwiska. Niektóre fragmenty wyglądały tak, jakby były dosłownie zawieszone nad przepaścią. Pod stopami mieliśmy luźny piasek i nierówne podłoże, a z boku otwierała się ogromna przestrzeń. Wystarczyło spojrzeć w dół, żeby poczuć nieprzyjemne ukłucie w żołądku. Zaczęliśmy iść ostrożniej, pilnując dzieci i siebie nawzajem. Wciąż jednak byliśmy zachwyceni krajobrazem i przekonani, że za chwilę miniemy najtrudniejszy fragment.

Nagle zerwał się wiatr. Najpierw podrywał tylko niewielkie smugi piasku. Po chwili wiał już z taką siłą, że trudno było utrzymać równowagę, a piasek uderzał nas w twarze, oczy i ubrania. Ścieżka zaczęła znikać, widoczność się pogorszyła i nagle ten piękny, pustynny krajobraz przestał wyglądać romantycznie. Zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie. Próbowaliśmy kontaktować się przez walkie-talkie, ale w pewnym momencie straciliśmy zasięg. Wiatr zagłuszał głosy, a ja po raz pierwszy pomyślałam, że ten spacer był zdecydowanie zbyt lekkomyślnym pomysłem. Adrenalina podskoczyła wszystkim. Nie było już biegania, fotografowania i zachwytów nad widokiem. Trzeba było pilnować, żeby nikt nie został sam, odnaleźć bezpieczniejszą drogę i zdecydować, kiedy zawracamy.

I właśnie wtedy przypomnieliśmy sobie, co naprawdę oznacza rodzinna solidarność. Każdy pilnował osoby idącej obok, pomagaliśmy sobie na bardziej stromych fragmentach i sprawdzaliśmy, czy wszyscy są w zasięgu wzroku. Jak zwykle niezawodny okazał się wujek Piotrek, który zachował spokój, zebrał naszą grupę i pomagał przeprowadzić wszystkich przez trudniejsze miejsca.

Momentami naprawdę najedliśmy się strachu, ale  ostatecznie wróciliśmy bezpiecznie do lasu, a później do samochodu. Brudni, zmęczeni, z piaskiem chyba wszędzie, ale też niesamowicie pobudzeni tym, co właśnie przeżyliśmy.

Z perspektywy czasu wiemy, że nie była to najlepiej przygotowana wyprawa. Powinniśmy wcześniej dokładniej sprawdzić trasę i pogodę, zapisać mapę offline oraz zawrócić natychmiast, gdy wiatr zaczął przybierać na sile. Oficjalne materiały parku również zwracają uwagę, że nawiewany piasek może zasłaniać przebieg szlaku, a część tras w Samuel H. Boardman prowadzi przez stromy i wymagający teren.

Jednocześnie Indian Sands pozostało jednym z najmocniejszych wspomnień całej podróży. Właśnie tam zobaczyliśmy, jak zachowujemy się jako rodzina, kiedy sytuacja przestaje przebiegać zgodnie z planem. Był strach, adrenalina, wzajemne pilnowanie się i ogromna ulga, gdy znów stanęliśmy przy samochodzie.

Po tej przygodzie potrzebowaliśmy już spokojniejszego zakończenia dnia. Znaleźliśmy je na Lone Ranch Beach, gdzie pożegnaliśmy się z wybrzeżem Oregonu.

Lone Ranch Beach – ostatnie pożegnanie z Oregon Coast

Po emocjach na Indian Sands Trail naprawdę potrzebowaliśmy miejsca, w którym można było zwolnić, odetchnąć i przez chwilę po prostu patrzeć na ocean. Takim miejscem okazała się Lone Ranch Beach – szeroka, spokojna plaża położona niedaleko Brookings, na samym południu Oregonu.

Zeszliśmy na brzeg bez większego planu. Po wcześniejszej wyprawie nikt nie miał już ochoty na kolejne wymagające szlaki ani zdobywanie punktów widokowych. Chcieliśmy tylko pobyć razem, pospacerować po piasku i nacieszyć się ostatnimi chwilami nad Pacyfikiem.

Jeremi natychmiast znalazł sobie zajęcie. Uzbrojony w długi kij stanął przy brzegu i zaczął zaklinać fale. Próbował je zatrzymywać i zawracać. 

Darek w tym czasie rozpoczął własne poszukiwania skarbów. Przeglądał muszle, fragmenty omułków i wszystko, co ocean wyrzucił na brzeg, szukając materiału na nadmorskie naszyjniki. 

Spacerowaliśmy po plaży, patrząc na skały wyrastające z oceanu i powoli docierało do nas, że to nasze ostatnie chwile na Oregon Coast. Przez kolejne dni Highway 101 prowadziła nas wzdłuż jednego z najpiękniejszych wybrzeży, jakie kiedykolwiek widzieliśmy. Były monumentalne skały, latarnie morskie, foki, lwy morskie, surferzy, puste plaże i viewpointy, których naprawdę nie sposób policzyć.

Lone Ranch Beach nie była najbardziej widowiskową atrakcją tej trasy. Nie miało skalnego mostu, gejzeru ani szczeliny, do której ocean wpadał z hukiem. A jednak właśnie tam pożegnaliśmy Oregon w sposób najbardziej nasz – trochę zabawny, trochę chaotyczny i całkowicie bez pośpiechu.

Welcome to California – koniec jednej drogi i początek następnej

Po ostatnim spacerze wróciliśmy na Highway 101 i ruszyliśmy dalej na południe. Wiedzieliśmy, że granica stanu jest już blisko, ale kiedy przy drodze pojawił się ogromny napis „Welcome to California”, poczuliśmy lekkie wzruszenie.

Z jednej strony kończył się etap, który od dawna był jednym z naszych podróżniczych marzeń. Oregon Coast zachwyciło nas różnorodnością, surowością i poczuciem wolności. Każdego dnia wydawało się, że widzieliśmy już najpiękniejszy fragment wybrzeża, a później za kolejnym zakrętem pojawiało się miejsce, które ponownie odbierało nam mowę.

Z drugiej strony granica nie była końcem podróży. Była początkiem następnej przygody.

Przed nami czekała Kalifornia, a niemal od razu po przekroczeniu granicy krajobraz zaczął się zmieniać. Ocean nadal pozostawał blisko, ale coraz częściej otaczały nas ogromne drzewa. Wjeżdżaliśmy do krainy sekwoi – lasów, w których człowiek czuje się jeszcze mniejszy niż na klifach Oregon Coast.

Nasze przygody wśród gigantycznych drzew, przejazdy przez Redwood Highway i pierwsze spotkanie z kalifornijskimi sekwojami opisaliśmy w kolejnym wpisie: Redwood National and State Parks – podróż wśród najwyższych drzew świata.

Granica Oregonu i Kalifornii nie zamknęła więc naszej historii. Po prostu zmieniła jej scenerię – z dzikiego wybrzeża na las gigantów.

Południowe Oregon Coast – informacje praktyczne

Ile czasu przeznaczyć na ten odcinek trasy?

Na przejazd od Sunset Bay i Cape Arago do Brookings oraz Lone Ranch Beach warto przeznaczyć co najmniej cały dzień. My polecalibyśmy jednak dwa dni, jeśli chcecie spokojnie zatrzymywać się przy viewpointach, obserwować zwierzęta i wejść na któryś ze szlaków.

Sam Samuel H. Boardman State Scenic Corridor ciągnie się przez około 12 mil wzdłuż Highway 101, ale na tym krótkim odcinku znajduje się wiele zatoczek parkingowych, punktów widokowych i początków szlaków. Próba zobaczenia wszystkiego w pośpiechu szybko zamienia podróż w ciągłe wsiadanie i wysiadanie z samochodu.

Parkingi i opłaty

Przy większości atrakcji znajdują się parkingi lub niewielkie zatoczki przy Highway 101. Niektóre są przestronne, ale przy Natural Bridges i popularnych szlakach liczba miejsc może być ograniczona.

Część parków na południowym Oregon Coast wymaga obecnie dziennego pozwolenia parkingowego. W 2025 roku jednodniowy permit kosztował 12 dolarów za samochód dla osób spoza Oregonu i był ważny przez cały dzień we wszystkich parkach stanowych objętych opłatą. Pozwolenia można kupować na miejscu, przez kod QR albo wcześniej online.

Opłata obowiązuje między innymi w obrębie Sunset Bay, Shore Acres i Cape Arago, a także przy Face Rock State Scenic Viewpoint. Przed podróżą warto sprawdzić aktualną listę płatnych parkingów, ponieważ zasady zmieniały się w ostatnich latach.

Czy do Natural Bridges trzeba długo iść?

Nie. Od parkingu do oficjalnego punktu widokowego prowadzi krótka ścieżka przez las. Już z przygotowanego miejsca można zobaczyć najbardziej charakterystyczne skalne łuki i otwory tworzące Natural Bridges.

Nie warto schodzić stromymi, nieoficjalnymi ścieżkami w stronę skalnych mostów. Klify są niestabilne, a mokre korzenie, luźna ziemia i strome zbocza sprawiają, że nawet pozornie łatwe zejście może być niebezpieczne. Oficjalne zalecenia parku mówią, by podziwiać widoki zza barierek i nie podchodzić do krawędzi.

Indian Sands Trail – dla kogo?

Indian Sands jest zdecydowanie bardziej wymagające niż krótki spacer do Natural Bridges. Pełna trasa prowadząca dalej w kierunku China Beach ma około 7 mil w obie strony, obejmuje strome fragmenty i prowadzi przez teren położony wysoko nad oceanem. Silny wiatr przemieszcza piasek, przez co ścieżka może miejscami stać się słabo widoczna.

Nie polecalibyśmy tego szlaku jako spontanicznego spaceru z małymi dziećmi. Przed wejściem warto:

  • sprawdzić pogodę i siłę wiatru,
  • pobrać mapę offline,
  • założyć buty z dobrą przyczepnością,
  • zabrać wodę i cieplejszą warstwę odzieży,
  • ustalić miejsce zawrócenia,
  • nie rozdzielać grupy.

Zasięg telefonu i krótkofalówek może zanikać, o czym sami przekonaliśmy się w najmniej odpowiednim momencie.

Na co uważać na południowym Oregon Coast?

Ocean na tym odcinku jest równie piękny, co nieprzewidywalny. Niespodziewane fale mogą sięgnąć znacznie dalej niż poprzednie, pływy szybko odcinają fragmenty plaż, a mokre drewno wyrzucone przez ocean może się przesuwać lub obracać. Oficjalne zalecenia parku przypominają również, że klify są niestabilne, a woda zimna i pełna silnych prądów.

Warto więc trzymać się przygotowanych ścieżek, nie odwracać plecami do oceanu, pilnować dzieci i zawracać, gdy pogoda zaczyna się pogarszać. My tym razem przekonaliśmy się, że nawet krótka wyprawa może szybko zmienić się w znacznie poważniejszą przygodę.

Południowe Oregon Coast – koniec świata, którego nie chcieliśmy opuszczać

Południowy odcinek Oregon Coast okazał się najbardziej dziki, pusty i nieprzewidywalny. Były tu leniwe foki i lwy morskie, fantazyjne formacje Face Rock, spokojne Port Orford, monumentalne Natural Bridges oraz Indian Sands Trail, który z niewinnego spaceru zamienił się w jedną z najbardziej emocjonujących przygód całej podróży.

To właśnie ten fragment Highway 101 najlepiej pokazał nam, że najpiękniejsze wspomnienia nie zawsze rodzą się z perfekcyjnego planu. Czasem powstają podczas przypadkowej rozmowy z uczestnikami rajdu, spotkania z ciekawską wiewiórką, walki z piaskową burzą albo rodzinnej mobilizacji w chwili, gdy robi się trochę zbyt poważnie.

Na Lone Ranch Beach pożegnaliśmy Oregon Coast po swojemu. Kilka kilometrów dalej zobaczyliśmy napis „Welcome to California” i wiedzieliśmy, że kończy się jeden z najpiękniejszych etapów naszej podróży.

Całą trasę przez wybrzeże Oregonu opisaliśmy również w poprzednich częściach: Oregon Coast cz. 1 – Cannon Beach, Indian Beach i Highway 101, Oregon Coast cz. 2 – Cape Meares i Highway 101 poza utartym szlakiem i Oregon Coast cz. 3 – Thor’s Well i Cape Perpetua. Najbardziej dzikie miejsce na Highway 101. Pełny plan przejazdu, mapę oraz podział na północne, środkowe i południowe Oregon Coast znajdziecie natomiast we wpisie Oregon Coast Highway 101 – plan trasy i najpiękniejsze miejsca.

Po przekroczeniu granicy ruszyliśmy prosto w stronę kalifornijskich sekwoi. O tym, jak wyglądało nasze spotkanie z gigantycznymi drzewami i dalsza podróż przez Redwood, opowiadamy w kolejnym wpisie: Redwood National and State Parks – podróż wśród najwyższych drzew świata.